poniedziałek, 27 stycznia 2020

Pikowany ekoprint

Wczoraj był finał, czyli wręczenie prezentu.
 


A zaczęło się wszystko latem ubiegłego roku.
Miałam wielka przyjemność brać udział w warsztatach prowadzonych przez Basię Pieczyńską. Basia uczyła nas barwienia tkanin roślinami, czyli ekoprintu.
Towarzystwo doborowe, zabawa przednia. Zaczęłyśmy od zbierania różnych roślin. Basia podpowiadała nam, które z nich ładnie barwią tkaniny.
Ułożyłyśmy rośliny na tkaninie.
Wyglądało to tak:
Mój przyszły obrazek zaczął się od takiej kompozycji.

Widać liście sumaka, żurawki, kwiaty i liście begonii, aksamitki i różne inne rośliny, których nazw nie pamiętam, ale wybierałam je z powodu ich ładnego kształtu.
Ułożyłyśmy z naszych prac prawdziwą mozaikę kwiatową.
Potem trzeba było przykryć tę układankę drugą warstwą tkaniny i zwinąć razem z roślinami.
Teraz przyszedł czas na obróbkę chemiczną i termiczną. 
A po dobie czekania, która dłużyła się nam niemiłosiernie, odwinęłyśmy swoje pakieciki i usunęłyśmy rośliny.
Basia w akcji:




Porównywałyśmy efekt barwienia z wyjściową kompozycją kwiatową uwiecznioną na zdjęciu w telefonie.


Moje dwa kawałki tkaniny, jeszcze mokre, wyglądały tak:


Uprałam je, wysuszyłam i... Odłożyłam na półkę. Nawet zajrzałam do nich kilka razy, ale nie miałam pomysłu co ja mogę zrobić z takimi szaroburymi "obiektami".

I byłoby tak dalej, gdybym nie pokazała ich Galinie Krasnikowej, która przyjechała do nas z Moskwy ze swoją wystawą i kursami patchworkowymi. Gala podpowiedziała mi: wypikuj jasną tkaninę ciemnymi nićmi, a ciemną jasnymi. Ta podpowiedź uruchomiła jakieś zwoje w nieczynnej części mojego mózgu i powolutku zaczął rodzić się pomysł. Nawet nie mogłam zrobić próbek, bo nie miałam z czego - tylko te dwa kawałki.
Tkaniny były trochę za małe, jak na moje potrzeby, więc postanowiłam doszyć do nich bordiurę. Wypikowałam ją potem w motywy roślinne przeniesione z barwionych tkanin.
Tak zaczynałam pikowanie.

 Tu już trochę wypikowałam.

A to już trochę szczegółów gotowego quiltu:






I jego lewa strona:



Pikowanie to było wyzwanie - bardzo gęste, bardzo żmudne i trudne, bo popełniłam dwa poważne błędy.
Do połączenia trzech warstw patchworku użyłam kleju tymczasowego w sprayu. Gdy wylatywał z pojemnika, zaczął się sklejać w jakieś dziwne farfocle. Nie zaniepokoiło mnie to jakoś i psikałam nim dalej. Myślałam sobie - przecież to się spierze. Nie sprało się. Plamy zostały i w dodatku były sztywne. Jak się potem okazało nie chciała przez nie przechodzić igła.
Gdy zerknęłam na opakowanie kleju, to zobaczyłam się, że jego data ważności minęła dwa lata temu. Tak, tak! Czytanie ma kolosalną przyszłość.

Drugim błędem był wybór tkaniny na tło. To była resztka, którą miałam od dawna. Przypominała tę, z których mój tata miał pidżamy. Z wierzchu gładka i lekko połyskliwa a od spodu mechata jak flanela. Idealnie w kolorystyce topu. Zachwyciłam się tym pomysłem.
Miałam tak mało tej tkaniny, że nie wystarczyło mi jej na zrobienie próby pikowania. Potem okazało się, że tkanina jest tak spoista, że nici do pikowania rwą się, gdy igła przebija się przez "kanapkę".
Oboje z mężem szukaliśmy sposobu, żeby poradzić sobie z pikowaniem i ciągłym zrywaniem nici. Dopiero igła nr 130 rozwiązała oba problemy. Patchwork pod światło wygląda teraz jak sitko, ale nikt go przecież nie będzie tak oglądał.

Zwykle do pikowania quiltów używam nici Isacord, które mają lekki połysk. Tym razem chciałam, żeby nici były bardziej matowe i zastosowałam nici innej marki. Chyba mniej wytrzymałe od Isacordu. I to był błąd nr 3. Taki mniejszy, ale jednak.

Z wielką radością dobrnęłam do końca szycia.
Pomalowałam potem trochę niektóre fragmenty quiltu złotą olejną farbą do tkanin w sztyfcie. Tylko te fragmenty, które w oryginale były żółte. Maźnięte nieco złotem prezentują się dużo lepiej.

Wymiar patchworku to około 150 x 80 cm. Piszę "około", bo zapomniałam zmierzyć.

Pokazałam ten patchwork kilku osobom - bardzo się podobał. Mam już nawet zamówienia na następne patchworki w tym stylu. Mam też nadzieję, że Basia Pieczyńska zrobi nam kolejne kursy z barwienia roślinami, a ja potem będę miała z czego szyć następne quilty.
Czekają przecież liście orzecha, owoce czarnego bzu, lawenda i takie tam inne rośliny. I ja też czekam niecierpliwie na późne lato.


wtorek, 17 grudnia 2019

Narzuta z heksagonów zszytych ręcznie

Napisałam o tym od razu w tytule posta, bo nawet na mnie zrobiło to wrażenie. 860 heksagonów zszytych ręcznie! Taka narzuta jest dla mnie kwintesencją patchworku i moim najstarszym  wspomnieniem patchworkowym.

Gdy byłam małą dziewczynką część wakacji spędzałam w domu mojego wujostwa w Zielonce. Ciocia z wujkiem jechali na urlop, a my z babcią i siostrą pilnowałyśmy ich domu.
Bardzo miło wspominam te wakacje. W ogrodzie rosły drzewa owocowe, a także najpyszniejszy na świecie agrest. Między brzozami wisiał hamak. Ciągle zajęty! Las był tuż, tuż...
Spałam w wielkim małżeńskim łóżku wujostwa pod kołdrę obleczoną w poszewkę z kwadratowym otworem na środku, przez który widać było kołdrę. Oczywiście również najpiękniejszą na świecie! Zszytą z heksagonów w malutkie kwiatowe wzorki.
Lubiłam poranki, kiedy babcia nie wołała nas jeszcze na śniadanie, a ja zajmowałam się oglądaniem kołdry i szukaniem dwóch heksagonów uszytych z tej samej tkaniny.
Potem już nie było na to czasu, bo piłka, bo spacer, bo hamak. Ale poranki były patchworkowe.


Minęło 60 lat, a ja wyraźnie pamiętam trochę mroczną sypialnię z bajecznie kolorową narzutą. Marzyła mi się taka. Ale 30 lat temu w sklepach nie było takich tkanin.
Za to zaczęły się rozwijać sklepy z tanią odzieżą. Jeden z nich był w sąsiednim domu. Zaglądałam do niego często. Pewnego razu zobaczyłam sporo sukienek dla dziewczynek z tkanin w kolorowe małe kwiatki. Wyglądały tak, jakby dziecięcy zespół pieśni i tańca z Tyrolu pozbywał się swoich strojów organizacyjnych.
Oczywiście kupiłam wszystkie! Uzupełniłam je zasobami z szafy.

Tak zaczęło się spełniać moje marzenie o patchworkowej narzucie z prawdziwego zdarzenia.
Teraz trzeba było przygotować papierki w kształcie sześciokątów foremnych.
Nie miałam chyba jeszcze wtedy komputera ani drukarki, więc narysowałam sześciokąty na jednej kartce papieru i zaniosłam je do punktu usługowego robiącego odbitki kserograficzne, prosząc o kilkadziesiąt takich odbitek. Gdy odbierałam wydrukowane kartki, pani obsługująca ten punkt spytała mnie, co to będzie. Pamiętam jej minę, gdy opowiedziałam, co ja będę z tym robić :)

Wycięłam heksagony z papieru, potem każdy obszyłam ręcznie tkaniną, uprasowałam i zszyłam ze sobą. Też ręcznie. 860 sztuk!
To zdanie napisałam szybko, ale robota zajęła mi 3 miesiące.

Kupiłam ocieplinę i tkaninę na spód. Miałam zamiar wypikować narzutę ręcznie. No bo skoro uszyta ręcznie, to pikowanie też takie powinno być. W tym zamiarze tkwiłam 25 lat!
Ocieplinę i spód zużyłam do innego patchworku, potem znowu je kupowałam... tak było kilka razy.

Podwinęłam brzegi topu i wielokrotnie "występował" w charakterze obrusa. Również na naszym  ślubie.


Ciekawe ile czasu narzuta czekałaby na skończenie, gdyby nie dwie osoby: Kamila i Grażyna.
Pierwsza z nich namawiała patchworkowe koleżanki do skończenia dawno rozpoczętych patchworków w listopadzie, a druga pięknie pikuje na swojej fantastycznej maszynie long arm.

Teraz sprawy potoczyły się błyskawicznie.  Pikowanie przez Grażynę. Potem prawie 10 metrów lamówki. Gotowa! Całkiem gotowa!!! Po 25 latach. Chyba pobiłam wszystkie rekordy!

Tak wygląda z bliska.


Jest dwustronna :)



Ma wymiary 205 x 220 cm.

Koleżanki pytały mnie: zostawisz ją sobie jako obiekt muzealny?
Nie, jak ktoś będzie chciał ją kupić, to sprzedam. Ale tania nie będzie ;)


Wystawa patchworkowa na Międzynarodowych Targach Tekstylnych Fast Textile 2019

Zaczęło się bardzo niewinnie. Jak to zwykle bywa. A skończyło się wystawą patchworkową quilterów i quilterek z całej Polski.



Ale od początku. Z Jankiem Leśniakiem z  znamy się i lubimy od kilku lat. Janek przygotowywał się do wydania swojej trzeciej książki "Szyjemy torebki i akcesoria".



Było tak:
- Aniu, czy mógłbym napisać o Tobie?
- Oczywiście
- Aniu, czy nauczyłabyś mnie pikować z wolnej ręki?
- Oczywiście, to łatwe.
Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy, Janek popikował. Zdolniacha z niego, szybko mu poszło i spodobało się. Uszył potem fajny pikowany plecak (zdjęcie Janka).


Potem padły następne pytania:
- Aniu, organizuję "Strefę szycia" na Międzynarodowych Targach Tekstylnych Fast Textile, a w niej różne kursy i spotkania. Czy poprowadziłabyś kurs pikowania z wolnej ręki?
- Oczywiście!

Za kilka dni:
- Janku, a czy macie tam może jakieś wolne ściany, żeby pokazać nasze patchworki?
- Oczywiście. Dzwoń w tej sprawie do organizatora targów.
Oczywiście zadzwoniłam natychmiast i okazało się, że możemy dostać na targach kilkadziesiąt metrów ścian, żeby udekorować je naszymi patchworkami.
Współpraca z Martyną Zakrzewską z Expo Ptak układała się fantastycznie. Na moje pytania "czy można?" najczęściej padała odpowiedź: "oczywiście!"

Od razu pomyślałam sobie o kilku nieformalnych grupach patchworkowych działających w Polsce i zaprosiłam je do pokazania się na wspólnej wystawie.
W tych naszych lokalnych grupach spotykamy się mniej więcej co miesiąc, żeby razem poszyć, pouczyć się, czasem zrobić coś dla innych, a czasem po prostu porozmawiać. Czasem na spotkanie przychodzi tylko kilka osób, a czasem ponad dwadzieścia. Coraz częściej, coraz więcej :).

Na wystawie pokazały się:

Dolnośląski Patchwork


Patchwork Łódzki


Patchwork Małopolski



Patchwork Mazowiecki


Patchwork Wielkopolski



Każda grupa sama zagospodarowała swoją przestrzeń. Wszyscy uszyli swoje logo!! Wszyscy wybrali na wystawę najpiękniejsze patchworki. Niektórzy mieli ulotki, wizytówki, tablice informacyjne. Uczyliśmy się od siebie, wspierali i pomagali.
I to była dla nas najważniejsza wartość wystawy: nasze spotkania, fantastyczni ludzie, na których można liczyć. Wieszali, organizowali, odpowiadali na pytania gości. Świetna ekipa! Świetna atmosfera!

Przychodziło do nas dużo gości. Większość z nich była zdziwiona, że można uszyć takie cuda. Kolejny raz pokazaliśmy, że patchworki to sztuka, nawet jeżeli uszyjemy z nich narzuty i poduszki :).

Na targach było mnóstwo różnych stoisk. Nam, quilterkom szczególnie spodobało się stoisko Olfy, bo okazało się, że szef Olfy Polska, Jacek Wróbel, wszystkim quilterkom rozdaje noże krążkowe z limitowanej serii. To była prawdziwa niespodzianka.


Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że Olfa przygotowała dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Otóż spośród patchworków wywieszonych na targach załoga stoiska Olfy wybrała po jednym, najpiękniejszym patchworku z każdej grupy i jego autorom przyznała nagrody w postaci świetnych, obrotowych mat Olfy.
Dostali je Ula Buczkowska, Sylwia Ignatowska, Basia Pieczyńska, Agnieszka Stefanik-Janiszewska i Marek Wróblewski. Bardzo dziękujemy ze te prezenty.


Podczas targów była jeszcze jedna wystawa - patchworków inspirowanych obrazem Earth Lines autorstwa Rebecca Vincent.  Pisałam o niej tutaj.


Wspominałam o kursie pikowania z wolnej ręki. Przyszły na niego bardzo zdolne panie. Pierwszy raz pikowały, a poszyły takie piękne obrazki.  Bardzo dziękuję Ewie Pasińskiej, która bardzo mi pomogła w prowadzeniu kursu.



Jeszcze jeden osobisty motyw. Skrzydła mi urosły :). A to dzięki pomysłowej dekoracji stoiska firmy Haftina- jednej z największej w Europie firm oferujących usługi haftu komputerowego.



I to byłby koniec opowiadania o wystawie pięciu grup patchworkowych, gdyby nie to, że organizatorzy targów Home Decor 2020 w Poznaniu zaprosili Patchwork Mazowiecki do udziału w nich. My zaprosiliśmy pozostałe regionalne grupy patchworkowe i wygląda na to, że spotkamy się i pokażemy nasze quilty w lutym na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich.




Ale się dzieje!!!





Zapomniany Kaffe Fassett

Od zawsze podobają mi się tkaniny angielskiego projektanta Kaffe Fasetta. Kolory, szalone kolory!
Kilka lat temu trafiłam na dwa zestawy tłustych ćwiartek jego projektu.
Od razu kupiłam trzy komplety. Dwa były nagrodą w mini konkursie ogłoszonym z okazji rocznicy założenia Szkoły Patchworku.

Z ostatniego dość szybko uszyłam top narzuty. Przez kilka lat, na jego przykładzie, pokazywałam moim uczennicom na kursach z podstaw patchworku, że w szyciu quiltów najważniejszy jest dobór kolorów, bo to one są zauważane na początku przez obserwatora, a sprawa precyzji zszywania, czyli słynnego "dziubek w dziubek", jest drugorzędna.

Top czekał, czekał i pewnie leżałby gdzieś jeszcze w kącie, gdyby nie Kamila Główczewska - Ciesielska, która już kolejny raz zorganizowała zabawę "Wykończ UFO w listopadzie". UFO czyli z angielskiego unfinished object :).
Razem z innymi patchworkowymi koleżankami ruszyłam do roboty i "wykończyłam" trzy narzuty. Dwie z małym poślizgiem, bo w dwóch pierwszych dniach grudnia ale i tak jestem z siebie bardzo zadowolona, że zakończyłam zabawę z moimi trzema "wyrzutami sumienia".
Wszystko było możliwe dzięki Grażynie, która fantastycznie wypikowała moje patchworki. Grażyna, bardzo dziękuję :)

Tak prezentuje się narzuta uszyta z "tłustych ćwiartek" z zestawu Kaffe Fasetta.




A tutaj w słońcu.


Jeszcze trochę szczegółów 



I lewa strona, które równie dobrze może być prawą :).



Tak wyglądał zestaw tłustych ćwiartek.


Uszyłam i .... nawet nie zdążyłam zrobić zdjęć, gdy napisała do mnie Pani z Poznania: chciałabym zamówić u Pani narzutę. Ja na to, że ja nie bardzo lubię szyć narzuty, ale w zasadzie to mam teraz dwie do sprzedania od ręki, a trzecia wisi na wystawie.  Nie musiałam czekać długo na decyzję. Cała rozmowa trwała może 10 minut.

Dzisiaj zrobiłam zdjęcia, spakowałam paczkę i narzuta wędruje już do Poznania, a jak zadomowi się w nowy (bardzo ciekawym!!!) miejscu, to pokażę Wam ją jeszcze raz. Prawdopodobnie w lutym.

Jeszcze szczegóły techniczne: wymiar 250 x 175 cm. Tkaniny bawełniane. Pikowanie na long arm.

P.S. A może ja zacznę szyć te narzuty? To całkiem przyjemne zajęcie, zwłaszcza gdy można liczyć na pikowanie Grazyny ;). Jutro pokażę następną.