poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Mój artykuł o technice confetti w newsletterze SAQA Europe & Middle East

 

Bardzo się cieszę, że mogę podzielić się z Wami wiadomością, która sprawiła mi ogromną przyjemność.

W sierpniowym newsletterze SAQA Europe & Middle East – Studio Art Quilt Associates ukazał się mój artykuł „Confetti – my way of painting with fabrics”, czyli „Confetti – mój sposób malowania tkaninami”.

SAQA jest międzynarodową organizacją skupiającą artystów zajmujących się art quiltem. Należę do niej od kilku lat i tym bardziej cieszę się, że mogłam na jej łamach opowiedzieć o technice, która jest mi szczególnie bliska.

Confetti to chyba najbardziej „moja” technika. Przez lata poznawałam i wykorzystywałam bardzo różne techniki patchworkowe, ale właśnie do confetti nieustannie wracam. Powstało już ponad 70 moich prac wykonanych w ten sposób i nadal odkrywam w tej technice nowe możliwości.


Cały sierpniowy newsletter SAQA Europe & Middle East można przeczytać tutaj: SAQA Europe & Middle East – August 2026 Newsletter

Mój artykuł znajduje się na stronach 4–6 newslettera. Został opublikowany w języku angielskim, dlatego poniżej zamieszczam również jego polską wersję.

Confetti – mój sposób malowania tkaninami

Od ponad czterdziestu lat zgłębiam świat patchworku i szukam odpowiedzi na pytanie, jak kawałki tkanin mogą stać się dziełem sztuki.

Po zakończeniu pracy zawodowej i przejściu na emeryturę założyłam szkołę patchworku i od tego czasu przeprowadziłam setki kursów w Polsce oraz za granicą. Jestem współzałożycielką Stowarzyszenia Polskiego Patchworku, członkinią Związku Polskich Artystów Plastyków oraz inicjatorką ogólnopolskiego projektu charytatywnego „Serce od Serca”, w ramach którego od ośmiu lat szyjemy poduszki rehabilitacyjne dla pacjentów po mastektomii.

Od początku najbardziej fascynowały mnie art quilty. Nie interesowało mnie odtwarzanie tradycyjnych wzorów patchworkowych. Szukałam techniki, która pozwoli mi tworzyć obrazy z tkanin. Przez lata poznałam i wykorzystywałam wiele technik patchworkowych. Każda z nich daje inne możliwości i każda czegoś mnie nauczyła. Jednak to właśnie confetti najlepiej pozwala mi wyrazić to, co chcę pokazać w swoich pracach. Dlatego w tym artykule chciałabym opowiedzieć właśnie o niej.

Po raz pierwszy zetknęłam się z techniką confetti, oglądając quilty japońskiej artystki Noriko Endo. Zachwyciły mnie ich malarskość, subtelne przejścia kolorów i niezwykły nastrój. Pomyślałam wtedy, że właśnie w taki sposób chciałabym opowiadać o świecie za pomocą tkanin. Z czasem odkryłam, że confetti stało się moim własnym językiem artystycznym.

Od tamtej pory uszyłam tą techniką ponad 70 quiltów i mimo że próbowałam wielu innych metod, do confetti wracam najchętniej. Wciąż odkrywam w niej nowe możliwości.

Technika polega na układaniu obrazu z tysięcy maleńkich kawałków tkanin, przykryciu ich warstwą tiulu i utrwaleniu gęstym pikowaniem. Dla mnie jest jednak czymś znacznie więcej niż tylko sposobem wykonania quiltu.

Od wielu lat również maluję. W malarstwie miesza się farby, ja mieszam kolory tkanin. Zamiast pociągnięć pędzla układam tysiące drobnych fragmentów materiału. Każdy z nich wnosi odrobinę koloru, światła lub cienia, a dopiero razem tworzą obraz.



Najbardziej fascynuje mnie chwila, gdy z pozornie przypadkowych kawałków zaczyna wyłaniać się kompozycja. Nigdy nie jest ona dokładnie taka, jak wyobrażałam ją sobie na początku. Obraz żyje własnym życiem i często potrafi mnie zaskoczyć.

Nie próbuję wiernie kopiować natury. Bardziej niż pojedyncze liście czy płatki kwiatów interesują mnie światło, atmosfera i emocje, które pozostają w pamięci po spotkaniu z danym miejscem. Chcę zatrzymać ulotną chwilę – mgłę unoszącą się nad łąką, promienie słońca przenikające przez drzewa, ruch kwiatów na wietrze czy kolory letniego wieczoru.

Równie ważnym etapem jak układanie tkanin jest dla mnie pikowanie. Nie traktuję go jako wykończenia pracy, lecz jako kolejny sposób budowania obrazu. Za pomocą linii, gęstości ściegów oraz nici o różnych kolorach i grubościach podkreślam kierunek traw, kształt liści, światło i fakturę. Dzięki temu powierzchnia quiltu zmienia się wraz z oświetleniem i nabiera głębi.

Często słyszę pytanie, dlaczego poświęcam tyle czasu na układanie tysięcy maleńkich kawałków tkanin. Odpowiedź jest prosta. Świat, który mnie zachwyca, również składa się z drobnych elementów – liści, źdźbeł trawy, promieni światła i płatków kwiatów. Dopiero razem tworzą obraz, który próbuję zatrzymać w swoich quiltach.


Bardzo się cieszę, że właśnie o confetti mogłam opowiedzieć czytelnikom SAQA Europe & Middle East. Ta technika jest ze mną od wielu lat i stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów mojej twórczości.

A ja, mimo kilkudziesięciu uszytych w ten sposób quiltów, nadal mam ochotę rozsypywać na stole kolejne maleńkie kawałeczki tkanin i sprawdzać, jaki obraz tym razem z nich powstanie.

piątek, 19 grudnia 2025

Tulipany inspirowane obrazem Edwarda Dwurnika

 Szyłam, szyłam, szyłam.... A potem jeszcze szyłam.
Wczoraj skończyłam.

Moja przyjaciółka postanowiła zrobić prezent urodzinowy swojej córce. Córce bardzo podobał się krajobraz z Ukrainy, który kiedyś uszyłam jej mamie. Ale, gdy zaczęłyśmy rozmawiać co mam jej uszyć, to okazało się, że ona bardzo lubi tulipany. Kiedyś marzyła o zakupie obrazu Edwarda Dwurnika z tulipanami, ale był za drogi. 

Padło pytanie: czy mogę uszyć takie tulipany jak namalował Dwurnik? Oczywiście, że mogę. Edward Dwurnik namalował cały cykl obrazów z tulipanami. My wybrałyśmy ten - "Pomarańczowe tulipany".


Oryginał ma wielkość 100 x 73 cm. Został sprzedany na aukcji Desy Unicum w październiku 2020 r. za ponad 100 tys. zł.

Jak go szyłam? To aplikacja z ostrymi brzegami. Nie używałam flizeliny dwustronnie klejącej ani kleju. 

Zaczęłam od zrobienia próbki.

 

 

Potem wydrukowałam sobie cały obraz. JPG zamieniłam na pdf i wydrukowałam kilkadziesiąt kartek A4, korzystając z opcji "plakat" w drukarce. Kartki skleiłam.

Przyszła pora na kanapkę i przyszywanie łodyg i liści. Nakładałam elementy na tło i przyszywałam je do podłoża. Liście i łodygi stębnówką, a kwiaty "z wolnej ręki". 

  

 

 

Tak wyglądała moja pracownia w czasie szycia. Radośnie, mimo szaroburego grudnia.

 

Jeszcze kilka zbliżeń gotowego patchworku sfotografowanego w grudniowym słońcu. 







Patchwork ma wielkość 85 x 110 cm.
Jest uszyty z tkanin bawełnianych. Do pikowania używałam głównie nici Ariadny nr 30.
 
Napracowałam się przy tym patchworku ale jestem bardzo, bardzo zadowolona z efektu. 

poniedziałek, 14 lipca 2025

Mapa "Ogrodów Łazienek Królewskich"

 Parę miesięcy temu dostałam ciekawe zlecenie. Muzeum Łazienki Królewskie zleciło mi uszycie mapy swoich ogrodów, a potem poprowadzenie kursu z szycia takich map. 
Szycie mapy skończyłam w maju. Zajęło mi sporo czasu, bo oczywiście nie obyło się bez przygód. 


Do tej pory przy szyciu korzystałam z różnych sposobów odwzorowywania map. 

Kupowałam mapy w sklepie, przypinałam je na górze patchworkowej "kanapki", a potem szyłam maszyną po ulicach. Tak było przy pierwszej mapie Warszawy klik .

I przy drugiej mapie Warszawy klik. Tu nagrałam nawet filmik klik.

Drukowałam taką mapę na flizelinie rozpuszczalnej i również przymocowywałam na górze kanapki. Tak uszyłam mapę Wilanowa klik.

Dwie mapy Mińska Mazowieckiego uszyłam wykorzystując hydrofolię. Tu jest pierwsza mapa klik. A tu druga klik.

Tym razem ułatwiłam sobie pracę i zamówiłam wydruk mapy w firmie CottonBee. 

 

Żebym jednak nie miała za łatwo, to różne fragmenty mapy podklejonej wcześniej flizeliną dwustronnie klejącą, wycinałam nożyczkami i przyklejałam do podłoża. Potem pikowałam je z wolnej ręki różnymi wzorkami dla różnych rodzajów ogrodów. Tu jest krótki filmik klik

 






Wypikowałam tło i zostałam mi jeszcze tylko legenda. Tu również pikowanie z wolnej ręki. Przyszyłam dodatkowe plecki, bo mapa jest też oglądana z lewej strony, lamówkę z wypustką, tunele na górze i na dole. Powiesiłam mapę na ścianie i.... zrobiło mi się słabo, bo legendę przyszyłam krzywo. Opisy nie były równoległe do krawędzi mapy. Gdyby to była mapa do powieszenie w moim domu, to pewnie by tak zostało, ale nie w przestrzeni publicznej, gdzie mapę będzie oglądać wiele osób. Trzeba było spruć legendę. Prułam ją trzy dni. Dodatkową trudnością było to, że dół kanapki był z ciemnozielonej tkaniny w czarne wzorki, a ja prułam czarne nitki. Pomagałam sobie malutkimi kombinerkami ale i tak bolały mnie opuszki palców. 

Narysowałam legendę od nowa. Gdy zabierałam się do pikowania, to do mojej pracowni przyszła wnuczka. Dawno się nie widziałyśmy. Ona opowiadała mi co tam się u niej działo, a ja pracowicie wyszywałam kolejne literki. Gdy wnusia poszła do swoich zajęć a mnie zostały już tylko dwa rządki legendy to zorientowałam się, że do przyszywania legendy nie odchyliłam sztucznych plecków i legendę przepikowałam również przez te plecki. Tym razem prucie zajęło mi tylko dwa dni. Klęłam jak szewc i prułam.

Trzecie szycie legendy poszło gładko. 

Mapa wisi w Centrum Edukacji Ekologicznej Łazienek Królewskich. I wiem, że się podoba :)

W sobotę prowadziłam w tym Centrum Kurs "Patchworkowa kartografia". 

Na kurs przyszły bardzo kreatywne panie. Uczyłyśmy się odwzorowywania map, a potem było pikowanie z wolnej ręki i szycie prawdziwej mapy Łazienek. 


Zobaczcie jakie piękne mapy powstały. 





  
 
Ciekawa jestem, czy tym postem zachęciłam kogoś do uszycia mapy?




 

piątek, 27 czerwca 2025

"Dyspersja" na wystawę tkanin artystycznych "Poza Horyzont"

 


Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w wystawie "Poza Horyzont", którą w ramach cyklu "Tkanina w Muzeum" już czwarty raz organizują Magdalena Jaskłowska-Englisz i Marek Englisz. Wystawa odbędzie się od 31 sierpnia do 30 września 2025 w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Wernisaż będzie 7 września w niedzielę o godzinie 12.00. Już teraz serdecznie Was zapraszam, ale oczywiście przypomnę jeszcze o tym zaproszeniu pod koniec sierpnia.

Jak to się stało, że znalazłam się w znakomitym towarzystwie koleżanek zajmujących się tkaniną artystyczną?  
W zeszłym roku Magda i Marek odwiedzili moją wystawę "Barwy życia" w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Z wszystkich moich prac najbardziej spodobało im się "Czerwone szaleństwo" i zaprosili mnie, żebym pokazała je na wystawie "Nić Ci do tego " - trzeciej wystawie z cyklu "Tkanina w Muzeum". Bardzo się ucieszyłam i tak moja praca została powieszona wśród prac innych pań zajmujących się tkaniną artystyczną. Większość z nich należała do Sekcji Tkaniny Oddziału Mazowieckiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Już dawno myślałam, żeby starać się o przystąpienie do tego związku, ale jakoś brakowało mi odwagi. Sympatyczne rozmowy z koleżankami zachęciły mnie do tego. Przez kilka miesięcy przygotowywałam wniosek, czekałam na spotkanie z komisją kwalifikacyjną. A w lutym zostałam przyjęta do ZPAP. Na pierwszą moją wystawę ZPAP "Sztuka Włókna" i towarzyszącym jej konkursowi im. profesora Stanisława Trzeszczowskiego przeznaczyłam znowu "Czerwone Szaleństwo" i to był dobry wybór, bo dostałam wyróżnienie w konkursie i nagrodę ufundowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ja, debiutantka. 

Ale wróćmy do wystawy "Tkanina w Muzeum". Zostałam zaproszona do udziału w jej czwartej edycji. Wystawa ma tytuł "Poza Horyzont". Trudny temat. Zaczęłam się rozglądać po swoich horyzontach. Tych fizycznych i psychicznych. Przyglądać się sobie uważnie. To właściwie nie było trudne, bo za radą nieżyjącej już mojej terapeutki i zdolnej quilterki Hanny Nikodemskiej, od kilku lat piszę rano trzy strony formatu A4. Rosną kolejne grube zeszyty moich notatek. Niedawno przeczytałam książkę "Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" Julii Cameron. I to ona zachęca do pisania tych trzech stron. O czym piszę? Gdybym mówiła, to powiedziałabym, że o tym co mi ślina na język przyniesie, a jak to jest z pisaniem? O wszystkim. Pewnie jutro napiszę o tym wpisie na blog i jakie były jego konsekwencje. A może będę miała do powiedzenia sobie coś innego ważnego. Bo to co ja piszę jest tylko dla mnie. Nikt nie ma do tego dostępu. Ja sama bardzo rzadko zaglądam do archiwalnych zeszytów. I ktoś może spyta - po co to robisz? Najważniejsze jest to, że gdy opiszę jakieś nurtujące mnie sprawy, to nabieram do nich dystansu i w specyficzny sposób "zamykam" je. Oczywiście czasem wracam, ale już inaczej.

Ale z jednym nie potrafię sobie poradzić i dlatego powstała "Dyspersja" czyli rozproszenie. Szyjąc ją miałam początkowo na myśli rozproszenie światła, ale szybko zaczęłam sięgać głębiej. Dyspersja towarzyszy mi od zawsze. Rozbiegane myśli, działania na wielu różnych polach i ciągłe poszukiwanie umiejętności skupienia się.
Szyjąc dyspersję chciałam wyjść poza horyzont codziennych doświadczeń. Ujarzmić rozproszenie w regularne okręgi, do których często wracam w swoich patchworkach. W trakcie pracy okazało się, że te okręgi też są rozmyte, z poszarpanymi brzegami i przenikającymi się kolorami. To szycie tak bardzo wciągnęło mnie, że paradoksalnie tworzenie „Dyspersji” spowodowało osiągnięcie tak poszukiwanego przez mnie stanu skupienia. Ten proces powtarza się niemal przy każdym patchworku, ale tym razem przeżyłam to jakoś mocniej.

Lubie opisywać jak szyję moje patchworki. Robię to przede wszystkim z myślą o tych, którzy też chcieliby spróbować tak szyć. Żeby skorzystali z moich doświadczeń i nie popełniali moich błędów. Tym razem też tak było. Zrobiłam sporo zdjęć. Przegrałam je do mojego archiwum czyli na dysk zewnętrzny mojego komputera, usunęłam je z pamięci telefonu, bo tam już było mało miejsca. A dysk zewnętrzny zrobił fikołka i padł. Informatycy dwoili się i troili, ja szczodrze sypałam kasą, bo na tym dysku miałam całe swoje życie, a jego ostatnią kopię zrobiłam w listopadzie. Pliki z szycia "Dyspersji" znalazły się w tych 3% zawartości dysku, które pooooszłyyyy.... Ech!

Zatem to będzie bajka bez obrazków.
Zaczęło się od wizyty w sklepie lniarskim "Lniany Zaułek" niedaleko Muzeum Lniarskiego w Żyrardowie. Bardzo dziękuję Paniom, które obsługiwały mnie chyba z godzinę i cierpliwie wybierały mi, a potem odkrawały po 0,5 metra tkaniny z belki. W dodatku nie od razu mogłam się zdecydować, który kolor kupić, czasem zmieniałam zdanie. Przecież koncepcja dopiero powstawała w mojej głowie. Co do tego, że to ma być len byłam absolutnie pewna, ale kolorów jeszcze nie. Lny nie są tanie, więc starałam się, żeby decyzje były przemyślane, ale wcale tak nie było. Te emocje rozumieją na pewno moje koleżanki quilterki. 

Zaraz po przyjeździe do domu zrobiłam próbkę, po uszyciu i odpowiednim pocięciu wrzuciłam ją do pralki. Pranie, wirowanie. Jest! Super! Len się wystrzępił fajniej niż myślałam. Skrzydła mi urosły, wiatr zawiał w dobrą stronę. Do roboty!

Każde kółko szyłam oddzielnie.  Czarna lniana tkanina na spodzie. Bez ociepliny. Na wierzch nakładałam kawałki lnianych tkanin kształtem przypominające księżyc w nowiu. Księżyc miał w najgrubszym miejscu czasem tylko 2 cm, a czasem 5 cm. Długość równą połowie obwodu koła, więcej albo mniej. Jazda dowolna. Księżyce nakładałam na siebie i starałam się, żeby w jednym miejscu nie było więcej niż 3 warstwy lnu. Gdy już ułożyłam całe kółko przykrywałam je hydrofolią, czyli folią rozpuszczalną w wodzie i spinałam wszystkie warstwy dość gęsto szpilkami. Wpinałam je prostopadle do kierunku przyszłego szycia, łebkami na zewnątrz. To potem ułatwiało ich wyciąganie. Teraz zabrałam się za pikowanie. Przez folię. Pikowanie miało kształt skorupki ślimaka, przy czym każde kolejne okrążenie było w odległości mniej więcej 1,5 do 2 cm od poprzedniego. Pamiętałam, że takie pikowanie powoduje, że robótka przybiera kształt chińskiego kapelusza, więc wymyśliłam sobie, że będę od czasu do czasu przerywać szycie, robić odstęp i szyć dalej. To nie był dobry pomysł. Dodałam sobie roboty, a kółko i tak miało kształt łagodnego stożka. Postanowiłam nie przejmować się tym za bardzo. A co tam, uszyję "Dyspersję" wulkaniczną.

Teraz sięgnęłam po nóż OLFY do techniki chenille. Przecinałam wszystkie warstwy tkanin między szwami. Czasem cięło się nim doskonale, ale tam gdzie było za dużo warstw tego najgrubszego lnu musiałam używać bardzo ostrych nożyczek. Czasem powycinałam niektóre zewnętrzne warstwy lnu, żeby odsłonić te dolne i dodać więcej kolorów.  Kółka uprałam i wysuszyłam na płasko. 

Tak uszyłam wszystkie kółka. Nakładałam je na siebie i przyszywałam jedno na drugie tak, jak robi się aplikację z ostrymi brzegami. Spodnią część kółka po prostu wycinałam. Czasem musiałam doszyć małe kawałki lnu, bo wystrzępiły mi się w praniu za bardzo. Teraz przyszedł czas na końcowe pranie. Za radą mojego męża przed praniem schowałam robótkę do siatkowego worka służącego do prania delikatnych ubrań. Mam nadzieję, że w ten sposób mniej nitek przedostanie się do filtra pralki i pralka pożyje dłużej.

Teraz robota powędrowała na taras na wielki stół i suszyła się na płasko. Miałam nadzieję, że to ją trochę wyprostuje. Rzeczywiście tak było. Chociaż nie do końca. Zrobiłam sztuczne plecki dla ukrycia niedoskonałości szycia, które wyglądały kiepsko,  Przyszyłam lamówkę, taką chowaną pod spód, bo chciałam, żeby na wierzchu były tylko strzępy, a nie grzeczna ramka. Dwa tunele do powieszenia. Ten dolny, żeby włożyć w niego listewkę obciążającą robotę i prostującą ją. Te wystające stożki trochę mnie denerwowały, więc teraz, gdy już był prawie koniec roboty uszyłam jeszcze parę kół wdając tkaninę i górki nieco się zmniejszyły. Na koniec przycięłam kilka nitek i....odsapnęłam.

Jestem bardzo zadowolona z moich  eksperymentów. Ciekawa jestem jak Wam się podobają?
Patchwork jest uszyty wyłącznie z jednobarwnych lnów, poza cienką kolorową podszewką. Ma wymiar 95 x 95 cm. Dobre oświetlenie bardzo mu pomaga. Ponieważ już pytaliście czy można go kupić to odpowiadam: tak, ale po wystawie, czyli po 30 września.

Okazało się, że kupiłam tak dużo lnianych tkanin, że mogę uszyć jeszcze kilka takich patchworków. No może niekoniecznie takich, ale lnianych. 

Teraz zdjęcia:
Pierwsze dwa wykonał fotograf.

 
A te zrobiłam telefonem w pełnym słońcu. 
 



 Zrobiłam jeszcze dwie małe rolki 




 

 

poniedziałek, 26 maja 2025

Łąka dla Mamy

Ostatnio bardzo dużo szyję, ale to same tajne projekty. Tak się układa, że nie mogę ich na razie pokazywać. Tak samo było z tą łąką. Uszyłam ją ponad miesiąc temu ale musiała poczekać na publikację, bo była wczorajszym prezentem urodzinowym. Bardzo się cieszę, że zarówno obdarowanej mamie, jak i obdarowującym dzieciom ta łąka spodobała się.


Przed szyciem od córki dostałam jasne wytyczne kolorystyczne. Dwa zdjęcia z prośbą, aby łąka była w takich kolorach jak na zdjęciu.
 
Zwykle taki projekt zaczyna się od chaosu w pracowni.


Ale niebawem pojawia się tło. Często do tworzenia tła wykorzystuję tiule w różnych kolorach.
 
 
Zaraz potem wyrastają kwiaty.
 


 
A potem przykrywa je warstwa tiulu. Po spięciu wszystkiego szpilkami zabieram się do pikowania. Pokazałam je na króciutkim filmie. 
 

Potem jeszcze tylko przyszycie lamówki i łąka jest gotowa.
Umieściłam tutaj sporo zdjęć ze szczegółami obrazka, a to głównie dla moich uczennic, które chętnie szyją patchworkowe łąki. 
 







Obrazek ma 110 x 50 cm i jest uszyty metodą confetti, głównie z bawełny.