Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stitch & Slash. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stitch & Slash. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2025

"Dyspersja" na wystawę tkanin artystycznych "Poza Horyzont"

 


Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w wystawie "Poza Horyzont", którą w ramach cyklu "Tkanina w Muzeum" już czwarty raz organizują Magdalena Jaskłowska-Englisz i Marek Englisz. Wystawa odbędzie się od 31 sierpnia do 30 września 2025 w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Wernisaż będzie 7 września w niedzielę o godzinie 12.00. Już teraz serdecznie Was zapraszam, ale oczywiście przypomnę jeszcze o tym zaproszeniu pod koniec sierpnia.

Jak to się stało, że znalazłam się w znakomitym towarzystwie koleżanek zajmujących się tkaniną artystyczną?  
W zeszłym roku Magda i Marek odwiedzili moją wystawę "Barwy życia" w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Z wszystkich moich prac najbardziej spodobało im się "Czerwone szaleństwo" i zaprosili mnie, żebym pokazała je na wystawie "Nić Ci do tego " - trzeciej wystawie z cyklu "Tkanina w Muzeum". Bardzo się ucieszyłam i tak moja praca została powieszona wśród prac innych pań zajmujących się tkaniną artystyczną. Większość z nich należała do Sekcji Tkaniny Oddziału Mazowieckiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Już dawno myślałam, żeby starać się o przystąpienie do tego związku, ale jakoś brakowało mi odwagi. Sympatyczne rozmowy z koleżankami zachęciły mnie do tego. Przez kilka miesięcy przygotowywałam wniosek, czekałam na spotkanie z komisją kwalifikacyjną. A w lutym zostałam przyjęta do ZPAP. Na pierwszą moją wystawę ZPAP "Sztuka Włókna" i towarzyszącym jej konkursowi im. profesora Stanisława Trzeszczowskiego przeznaczyłam znowu "Czerwone Szaleństwo" i to był dobry wybór, bo dostałam wyróżnienie w konkursie i nagrodę ufundowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ja, debiutantka. 

Ale wróćmy do wystawy "Tkanina w Muzeum". Zostałam zaproszona do udziału w jej czwartej edycji. Wystawa ma tytuł "Poza Horyzont". Trudny temat. Zaczęłam się rozglądać po swoich horyzontach. Tych fizycznych i psychicznych. Przyglądać się sobie uważnie. To właściwie nie było trudne, bo za radą nieżyjącej już mojej terapeutki i zdolnej quilterki Hanny Nikodemskiej, od kilku lat piszę rano trzy strony formatu A4. Rosną kolejne grube zeszyty moich notatek. Niedawno przeczytałam książkę "Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" Julii Cameron. I to ona zachęca do pisania tych trzech stron. O czym piszę? Gdybym mówiła, to powiedziałabym, że o tym co mi ślina na język przyniesie, a jak to jest z pisaniem? O wszystkim. Pewnie jutro napiszę o tym wpisie na blog i jakie były jego konsekwencje. A może będę miała do powiedzenia sobie coś innego ważnego. Bo to co ja piszę jest tylko dla mnie. Nikt nie ma do tego dostępu. Ja sama bardzo rzadko zaglądam do archiwalnych zeszytów. I ktoś może spyta - po co to robisz? Najważniejsze jest to, że gdy opiszę jakieś nurtujące mnie sprawy, to nabieram do nich dystansu i w specyficzny sposób "zamykam" je. Oczywiście czasem wracam, ale już inaczej.

Ale z jednym nie potrafię sobie poradzić i dlatego powstała "Dyspersja" czyli rozproszenie. Szyjąc ją miałam początkowo na myśli rozproszenie światła, ale szybko zaczęłam sięgać głębiej. Dyspersja towarzyszy mi od zawsze. Rozbiegane myśli, działania na wielu różnych polach i ciągłe poszukiwanie umiejętności skupienia się.
Szyjąc dyspersję chciałam wyjść poza horyzont codziennych doświadczeń. Ujarzmić rozproszenie w regularne okręgi, do których często wracam w swoich patchworkach. W trakcie pracy okazało się, że te okręgi też są rozmyte, z poszarpanymi brzegami i przenikającymi się kolorami. To szycie tak bardzo wciągnęło mnie, że paradoksalnie tworzenie „Dyspersji” spowodowało osiągnięcie tak poszukiwanego przez mnie stanu skupienia. Ten proces powtarza się niemal przy każdym patchworku, ale tym razem przeżyłam to jakoś mocniej.

Lubie opisywać jak szyję moje patchworki. Robię to przede wszystkim z myślą o tych, którzy też chcieliby spróbować tak szyć. Żeby skorzystali z moich doświadczeń i nie popełniali moich błędów. Tym razem też tak było. Zrobiłam sporo zdjęć. Przegrałam je do mojego archiwum czyli na dysk zewnętrzny mojego komputera, usunęłam je z pamięci telefonu, bo tam już było mało miejsca. A dysk zewnętrzny zrobił fikołka i padł. Informatycy dwoili się i troili, ja szczodrze sypałam kasą, bo na tym dysku miałam całe swoje życie, a jego ostatnią kopię zrobiłam w listopadzie. Pliki z szycia "Dyspersji" znalazły się w tych 3% zawartości dysku, które pooooszłyyyy.... Ech!

Zatem to będzie bajka bez obrazków.
Zaczęło się od wizyty w sklepie lniarskim "Lniany Zaułek" niedaleko Muzeum Lniarskiego w Żyrardowie. Bardzo dziękuję Paniom, które obsługiwały mnie chyba z godzinę i cierpliwie wybierały mi, a potem odkrawały po 0,5 metra tkaniny z belki. W dodatku nie od razu mogłam się zdecydować, który kolor kupić, czasem zmieniałam zdanie. Przecież koncepcja dopiero powstawała w mojej głowie. Co do tego, że to ma być len byłam absolutnie pewna, ale kolorów jeszcze nie. Lny nie są tanie, więc starałam się, żeby decyzje były przemyślane, ale wcale tak nie było. Te emocje rozumieją na pewno moje koleżanki quilterki. 

Zaraz po przyjeździe do domu zrobiłam próbkę, po uszyciu i odpowiednim pocięciu wrzuciłam ją do pralki. Pranie, wirowanie. Jest! Super! Len się wystrzępił fajniej niż myślałam. Skrzydła mi urosły, wiatr zawiał w dobrą stronę. Do roboty!

Każde kółko szyłam oddzielnie.  Czarna lniana tkanina na spodzie. Bez ociepliny. Na wierzch nakładałam kawałki lnianych tkanin kształtem przypominające księżyc w nowiu. Księżyc miał w najgrubszym miejscu czasem tylko 2 cm, a czasem 5 cm. Długość równą połowie obwodu koła, więcej albo mniej. Jazda dowolna. Księżyce nakładałam na siebie i starałam się, żeby w jednym miejscu nie było więcej niż 3 warstwy lnu. Gdy już ułożyłam całe kółko przykrywałam je hydrofolią, czyli folią rozpuszczalną w wodzie i spinałam wszystkie warstwy dość gęsto szpilkami. Wpinałam je prostopadle do kierunku przyszłego szycia, łebkami na zewnątrz. To potem ułatwiało ich wyciąganie. Teraz zabrałam się za pikowanie. Przez folię. Pikowanie miało kształt skorupki ślimaka, przy czym każde kolejne okrążenie było w odległości mniej więcej 1,5 do 2 cm od poprzedniego. Pamiętałam, że takie pikowanie powoduje, że robótka przybiera kształt chińskiego kapelusza, więc wymyśliłam sobie, że będę od czasu do czasu przerywać szycie, robić odstęp i szyć dalej. To nie był dobry pomysł. Dodałam sobie roboty, a kółko i tak miało kształt łagodnego stożka. Postanowiłam nie przejmować się tym za bardzo. A co tam, uszyję "Dyspersję" wulkaniczną.

Teraz sięgnęłam po nóż OLFY do techniki chenille. Przecinałam wszystkie warstwy tkanin między szwami. Czasem cięło się nim doskonale, ale tam gdzie było za dużo warstw tego najgrubszego lnu musiałam używać bardzo ostrych nożyczek. Czasem powycinałam niektóre zewnętrzne warstwy lnu, żeby odsłonić te dolne i dodać więcej kolorów.  Kółka uprałam i wysuszyłam na płasko. 

Tak uszyłam wszystkie kółka. Nakładałam je na siebie i przyszywałam jedno na drugie tak, jak robi się aplikację z ostrymi brzegami. Spodnią część kółka po prostu wycinałam. Czasem musiałam doszyć małe kawałki lnu, bo wystrzępiły mi się w praniu za bardzo. Teraz przyszedł czas na końcowe pranie. Za radą mojego męża przed praniem schowałam robótkę do siatkowego worka służącego do prania delikatnych ubrań. Mam nadzieję, że w ten sposób mniej nitek przedostanie się do filtra pralki i pralka pożyje dłużej.

Teraz robota powędrowała na taras na wielki stół i suszyła się na płasko. Miałam nadzieję, że to ją trochę wyprostuje. Rzeczywiście tak było. Chociaż nie do końca. Zrobiłam sztuczne plecki dla ukrycia niedoskonałości szycia, które wyglądały kiepsko,  Przyszyłam lamówkę, taką chowaną pod spód, bo chciałam, żeby na wierzchu były tylko strzępy, a nie grzeczna ramka. Dwa tunele do powieszenia. Ten dolny, żeby włożyć w niego listewkę obciążającą robotę i prostującą ją. Te wystające stożki trochę mnie denerwowały, więc teraz, gdy już był prawie koniec roboty uszyłam jeszcze parę kół wdając tkaninę i górki nieco się zmniejszyły. Na koniec przycięłam kilka nitek i....odsapnęłam.

Jestem bardzo zadowolona z moich  eksperymentów. Ciekawa jestem jak Wam się podobają?
Patchwork jest uszyty wyłącznie z jednobarwnych lnów, poza cienką kolorową podszewką. Ma wymiar 95 x 95 cm. Dobre oświetlenie bardzo mu pomaga. Ponieważ już pytaliście czy można go kupić to odpowiadam: tak, ale po wystawie, czyli po 30 września.

Okazało się, że kupiłam tak dużo lnianych tkanin, że mogę uszyć jeszcze kilka takich patchworków. No może niekoniecznie takich, ale lnianych. 

Teraz zdjęcia:
Pierwsze dwa wykonał fotograf.

 
A te zrobiłam telefonem w pełnym słońcu. 
 



 Zrobiłam jeszcze dwie małe rolki 




 

 

wtorek, 9 listopada 2021

Powtórka z szaleństwa

Cztery lata temu uszyłam pierwsze "Czerwone szaleństwo" (klik).
Bardzo lubiłam zarówno proces szycia jak i efekt ale patchwork poszedł w świat i zostało mi tylko wspomnienie.
Tegoroczna kolorowa jesień i czerwono-zielone liście dzikiego wina zachęciły mnie, żeby znowu poszaleć. I tak powstało "Czerwone szaleństwo 2". Uszyte tą samą techniką, czyli stitch and slash, która pozwala na takie trochę malarskie traktowanie tkaniny.

To zbliżenie fragmentu.
 
Dzikie wino na moim płocie zainspirowało mnie do uszycia tego patchworku.

 
Tak może wyglądać we wnętrzu ;)
 
 
Patchwork ma rozmiar 110 x 100 cm.
Uszyłam go głównie z bawełny ale jest też sporo tkanin lśniących, pięknie odbijających światło, również to padające z kominka.
 
Często mówicie mi, że żadne zdjęcia nie oddają urody moich patchworków. Trzeba je zobaczyć na żywo. Też tak uważam. Niebawem będzie ku temu okazja.
Ten patchwork będzie dekoracją stoiska firmy OLFA Polska (klik) na targach Fast Textile (klik) w Nadarzynie pod Warszawą od 1 do 3 grudnia 2021 r.  Zapraszam Was bardzo serdecznie do odwiedzenia tego stoiska - ma nr C1.207_B. OLFA zapewnia, że będą tam czekać na Was niespodzianki.
Do zobaczenia w Nadarzynie :)



piątek, 21 maja 2021

Kosmos w "Domu na Krańcu Świata"

Moja koleżanka Hania 12 lat temu zbudowała "Dom na Krańcu Świata". Ten "kraniec" to okolice podlaskich Krynek. Z okien widać słupki białoruskiej granicy, a czasem łosie.
Bardzo lubię Podlasie, a dom Hani szczególnie.
Po prawie półtorarocznej przerwie znowu się udało.
Tym razem z Basią i Hanią szyłyśmy patchwork. To będzie prezent dla młodych ludzi w dalekich Stanach.

Kilka dni wspólnej pracy, a właściwie zabawy, i patchwork jest gotowy.

Tak prezentuje się w domu Hani.

Jesteśmy bardzo zadowolone z efektu. Patchwork bardzo nam się podoba, a wspólne szycie jeszcze bardziej. Planujemy powtórki!!

Jeszcze parę migawek z szycia.


 Hania  "z wysokości" pomagała w kompozycji patchworku.

Patchwork ma 105 x 105 cm.
Jest uszyty techniką stitch and slash, bardzo "malarską".
A to jego szczegóły.





czwartek, 17 stycznia 2019

"Nieskończoność" z cyklu "Planety"

Już dawno myślałam o uszyciu tego patchworku. Rok, może dwa? Nie pamiętam.
Marzył mi się patchworkowy obraz, który można zmieniać. Dziś wygląda tak, jutro trochę inaczej. Razem z różnymi odsłonami patchworku będzie się zmieniać pokój, w którym zawiśnie.
Kiedyś w Poczdamie, w toalecie zobaczyłam pierwszy raz ręcznik, który był umieszczony w pojemniku. Wystawała tylko część. Jak się za nią pociągnęło, to od góry pojawiał się czysty fragment ręcznika, a na dole chował się zużyty kawałek.
Ja też tak chciałam zrobić ze swoim patchworkiem. Żeby się obracał.

Wybór padł na planety i metodę stitch and slash. Lubię takie szycie. Jest trochę jak malowanie. Zawsze "otwarte". Można łatwo poprawić nieudany fragment. Wypruć, albo naszyć kolejną warstwę. Poszaleć z kolorami. Eksperymentować ich oddziaływanie. Bawić się światłem załamującym na wycinankach... Właściwie to nie znam drugiej tak elastycznej metody.

A dlaczego planety? Już dawno ich nie szyłam. Były "Planety szalejące", "Planety nieco spokojniejsze", planety dla Marzenki, dla Joli. Była Mgławica Trójlistna Koniczyna i Perseidy. A wcześniej słońca, Luna i kosmiczna "Grawitacja". Dzisiaj "Nieskończoność".

Jak wygląda mój patchwork?
Gdyby go rozwinąć, to wyglądałby tak:

Ale on jest zszyty w pętlę wzdłuż krótszych boków. Wisi na rurze przymocowanej do ściany.




Można go obracać i wtedy pojawiają się jego kolejne odsłony.


Zrobiliśmy z mężem dwa małe filmiki ilustrujące to obracanie.
Zajrzyjcie tutaj  i tutaj.

A tutaj jest długaśny (prawie 30 minut) film o szyciu tego giganta.

Tak sbie myślałam i myślałam o uszyciu "obrotowca" ale ciągle zajmowałam się czymś innym. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie 16. Międzynarodowe Triennale Tkaniny w Łodzi!
To od lat moja ulubiona cykliczna wystawa, a właściwie ta jedna najważniejsza i wiele towarzyszących.
Dowiedziałam się o niej chyba ze 30 lat temu i jeździłam do Łodzi regularnie co 3 lata.
Spędzałam na niej niej wiele godzin.
Tam pierwszy raz zobaczyłam patchworkowe obrazy z najwyższej półki. Pamiętam jak stałam przed nimi i nie mogłam uwierzyć, że tak można szyć.

W ostatnich latach w Muzeum Włókiennictwa zaszły duże zmiany. Zmienił się też sposób przyjmowania prac na triennale. Dotychczas koordynatorzy z różnych krajów wybierali artystów, którzy jako reprezentanci pokazywali swoje dzieła na triennale.
Teraz każdy twórca sam może zgłosić swoją jedną pracę wykonaną w ciągu ostatnich trzech lat.
Kolejna zmiana - wystawa pierwszy raz ma swój temat: "Przekraczanie granic".

Gdy dowiedziałam się o temacie i możliwości zgłoszenia tkaniny przez twórcę, postanowiłam spróbować. Czy to nie "za wysokie progi na moje nogi"? Zobaczymy. Spróbować warto.
Zachętą było niewątpliwie wyróżnienie przyznane mi przez Muzeum Włókiennictwa za quilt "Drzewo Kujawskie", który brał udział w ubiegłorocznej wystawie "Z nici Ariadny".

Mój pomysł obrotowego quiltu idealnie wpisuje się w "przekraczanie granic".
Swoją tkaniną robię to w 3 aspektach:
- pierwszy, to projekt graficzny pracy. Koła przenikające się wzajemnie, „przekraczające” również proste linie biegnące na ukos, zmieniające swoje kolory po przekroczeniu tych linii – granic. 
- drugi aspekt, to przekroczenie granicy nienaruszalności eksponatu na wystawie.
Tkanina jest uszyta w kształcie zamkniętej pętli o obwodzie 3 metry. Jest powieszona na metalowej rurze. Poprzez pociągnięcie jej do dołu oburącz można ją przesuwać, odsłaniając jej kolejne fragmenty, zmieniając w ten sposób jej wygląd.
To moja próba wciągnięcia widza do interakcji z obiektem wystawowym. Akcja widza jest przełamywaniem bariery biernego odbioru tkaniny (stoję i patrzę) na rzecz wybierania tego, co chce się teraz oglądać (przesuwam tkaninę i wybieram taki fragment, jaki mi teraz odpowiada). Różne części patchworku są uszyte z tkanin w różnych kolorach. Widz ma sam zadecydować, który fragment chce teraz oglądać.
- trzeci - liczę się z tym, że po wystawie patchwork trzeba będzie uprać, bo dotknie go, poruszy, obróci wiele osób. Może zmieni się trochę po tym praniu? To przekraczanie granic, tym razem granic stabilności. Mój patchwork ma prawo zmieniać się w czasie. To jest konsekwencją jego „doświadczeń”.

Triennale zachęciło mnie do wprowadzenie w życie pomysłu pielęgnowanego od lat w mojej wyobraźni.
Czy było łatwo? Nie. To ogrom pracy.
Już dawno zaczęłam szyć ten patchwork, ale gdy się zorientowałam, że nie zdążę, to odłożyłam go na prawie 2 miesiące. Zrezygnowałam. Zajęłam się innymi, też pilnymi projektami. I wtedy przyszła wiadomość - prace można zgłaszać do 18 stycznia.
Szyłam dniami i nocami. Jak szalona. 
Pracownia przypominała skup szmat, a ja jakimś cudem znajdowałam w tym bałaganie potrzebne kolory.
Tylko kotka była zadowolona. Mięciutko miała na środku rozłożonej kanapy i usypiał ją miarowy terkot maszyny.


Zdążyłam rzutem na taśmę. Jutro mija termin zgłoszeń.

A tak było na początku. Układałam "podobrazie".

Potem szyłam, szyłam... obejrzycie to na filmie na You Tube.
Na koniec jeszcze parę zdjęć szczegółów.











W domu można go powiesić tak:


Te metalowe elementy są wykorzystywane przy konstruowaniu schodów. Satynowa stal dobrze pasuje do nowoczesnej tkaniny.

Gdy trafi na wystawę, to można go powiesić przewlekając drut lub linkę przez otwory na końcu rury.



Jeszcze trochę szczegółów technicznych.
- Wymiary 145 x 145 cm, a w "rozwinięciu" 290 cm.

- Jak wygląda to, czego nie widać? Klasyczna kanapka. W środku kocyk polarowy z Ikea. Żeby nie było za grubo. Pod spodem bawełniana tkanina z odzysku. Na wierzchu surówka, a potem "podobrazie" przyszyte nonszalancko do kanapki.

- A jeszcze bardziej na wierzchu - na ogół 3 albo więcej warstw tkanin. Wszystkie przyszywane na maszynie "po szpilkach". Szwy tworzą wzór podobny do kawałków tortu. Potem przecinane nożem Olfy do chenille. Albo nożyczkami. Super są te z mikroząbkami.

- Tkaniny: totalny recycling! Do tego projektu kupiłam 2 rzeczy. Kocyk polarowy jako wypełnienie i podszewkę. Wszystkie pozostałe tkaniny były w domu. Część to resztki z szycia innych patchworków. Reszta jest odpadami z działu wzorcowni firmy odzieżowej.
Najchętniej wykorzystywałam tafty. Pięknie się strzępią. Dwukolorowo.  I ciekawie odbijają światło.

- Dlaczego podszewka? Żeby lepiej ślizgało się na rurze. I do zasłonięcia kawałków nici na rozpoczęciu i zakończeniu każdego szwu. Ryglowałam je na początku i na końcu. Żeby nie posypały się, gdy będę chciała uprać patchwork. I nie wciągałam nitek do środka. Po poprzednim projekcie (na razie tajnym), w którym musiałam zawiązać i wciągnąć parę tysięcy nitek, odczułam prawdziwą ulgę, że mogę tak zaszaleć.

- Maszyna: Janome Memmory Craft 6600. Wolałabym szybszą stębnówkę, ale ta moja poczciwa Janomka, ma stopkę z górnym transportem i dwustopniowym podnoszeniem do góry. To było nieocenione przy szyciu "po szpilkach" podstępnie odstających kawałków tkanin. Nie zaczepiały się o stopkę, gdy ją cofałam.

- Ciężar: około 5 kg bez rury. Razem mniej więcej 9. 

- Ile czasu go szyłam?
Ponad 100 godzin szyłam tę część, która jest na wierzchu.
Wybór tkanin, przygotowanie quilterskiej kanapki, szycie "podobrazia", wieszanie na rurze postawionej na stojakach na środku pokoju (ciągłe przymiarki!), zszywanie w pętlę i maskowanie tego szwu, przyszywanie podszewki, poszukiwanie i zakup rury i akcesoriów do montażu schodów, fotograf, nagrywanie filmików.... to wszystko zajęło mi pewnie z 50 godzin.

Czy było warto? No pewnie!
Dlaczego? Bo ja to po prostu lubię! I już :).

środa, 13 grudnia 2017

Żółty wir

Niedawno skończyłam szyć żółty wir. Czekałam na trochę słońca, żeby nakręcić krótki filmik (klik) pokazujący szczegóły tego patchworku. Dzisiaj wreszcie się udało.
Jest uszyty metodą stitch & slash. Usypałam różnokolorowe kawałeczki tkanin, przykryłam je tiulem i przeszyłam spiralnie. Szwy są w odległości około 2 cm od siebie. Potem poprzecinałam tkaninę razem z tiulem i trochę "wystrzygłam".
Wielkość 110 x 110 cm.
Już myślę o następnych podobnych patchworkach.







środa, 2 grudnia 2015

Miękkie kamienie

Oczywiście szmaciane! Oczywiście cięte, szyte, znowu cięte. I tak do kilku razy sztuka.
To kolejny patchwork będący ilustracją  do kursu "Stitch & Slash" w mojej Szkole Patchworku.


Jest niewielki, ma 40 x 35 cm.

Pokażę Wam jak go szyłam.

Wykorzystałam 3 bawełniane materiały ufarbowane przez siebie.


Zrobiłam z nich kanapkę, nakładając jeden na drugi i przypinając do bawełnianego podłoża w kolorze ecru.
Potem na lewej stronie kanapki narysowałam ołówkiem kształty kamieni i przeszyłam je po konturach ciemną nitką.


Na prawej stronie kanapka wyglądała tak:


Teraz wycięłam jedną warstwę materiału spomiędzy kamieni.


a potem doszywałam, już od prawej strony, kolejne szwy wewnątrz konturów kamieni...


i znowu wycięłam materiał, ale teraz już czasem dwie warstwy


 niektóre ściegi wzmocniłam szyjąc na nich linie faliste stopką do pikowania z wolnej ręki.


Potem jeszcze raz obszyłam kamienie wokół - widać to na dwóch z prawej strony u góry.
Teraz wycięłam między kamieniami 3 warstwy materiału, odsłaniając podłoże w kolorze ecru.


Tak powstała góra mojego patchworku. Teraz jeszcze raz zrobiłam kanapkę: spód z surówki bawełnianej, poliestrowa ocieplina i patchworkowa góra, którą widzicie. I przepikowałam ją z wolnej ręki szyjąc wokół kamieni.
Dzięki temu praca zrobiła się trójwymiarowa i rano, na chodniku przed domem, w dziennym świetle, wyglądała tak:


Moim uczennicom spodobał się ten sposób szycia i na kursie uszyły takie patchworki:


Jestem z nich bardzo dumna.
Więcej innych prac szytych na kursie metodą "Stitch & Slash" możecie zobaczyć tutaj.