czwartek, 18 września 2014

Tym razem geometrycznie

Gdy wiele lat temu organizowałam swoją pierwszą wystawę patchworków, miałam kłopot z nadaniem jej jakiegoś tytułu. Pomógł mi syn, który nie dość, że "kształcony marketingowo", to jeszcze ma dystans do tego, co ja szyję. Wystawa dostała tytuł "Lirycznie - geometrycznie", a w jej opisie było parę słów na temat mojego inżynierskiego wykształcenia i wieloletniej praktyki na budowie (parę lat budowałam elektrownię Bełchatów) i w biurze projektów, połączonego z wrażliwością kobiety, szyjącej tkaninowe obrazy.
Na pierwszym roku studiów miałam dwa ulubione przedmioty: pierwszy to geodezja i kartografia, a drugi geometria wykreślna. Miłość do map towarzyszy mi ciągle. Stąd wzięły się moja Warszawa i Wilanów. Przypuszczam, że sentyment do geometrii pociągnął mnie w ogóle w stronę patchworków.
Po serii patchworków z ogródkami, trzcinami i łąkami, przyszedł chyba czas na drugi biegun mojej natury, ten geometryczny.
Kilka dni temu trafiłam na świetną stronę Lorrie Cranor. Zajrzyjcie tam, zobaczycie jak można bawić się kolorem i kształtem.

Oczywiście, jak to u mnie bywa.... fruuuuuuuu do maszyny, żeby uszyć próbkę.
Powstało takie "maleństwo", czyli 80 x 70 cm. Już wiem, co zrobiłam źle, wiem co poprawię i wiem na pewno, że będzie dalszy ciąg.
Potem, gdy pokazałam tę pracę na Facebooku Danka Kruszewska  podpowiedziała:  "Lorrie Cranor opracowała swoja technikę w oparciu o zdjęcia quiltów Kenta Williamsa i wariantu techniki quilt-as-you-go Ann Brauer." Dzięki Danka.





czwartek, 14 sierpnia 2014

Wiejski ogródek

Gdy byłam mała nie lubiłam jeździć na wieś. Mama wywoziła mnie na wakacje do swojej przyjaciółki w podwarszawskich Brzezinach, a ja wykazywałam się wielką pomysłowością, żeby wrócić do domu. Na wsi nie podobał mi się zapach, jedzenie, na myśl o świeżym mleku prosto od krowy do dzisiaj mam dreszcze. Ale zawsze, zawsze od kiedy pamiętam, bardzo lubiłam wiejskie ogródki. Malwy, dalie, kosmosy - na Mazowszu zwane warszawiankami, mieczyki, floksy, nagietki i jeszcze wiele innych kwiatów. Najpiękniej te ogrody wyglądają właśnie w sierpniu.
Gusty zmieniają się i teraz już ponad rok mieszkam na wsi. Często jeżdżę na wycieczki rowerowe i mimo, że mieszkam na obrzeżu puszczy, to chętniej niż do lasu, jadę na wiejskie drogi i zaglądam do przydomowych ogródków. Znajduję tam wszystkie kwiaty, które tak lubiłam oglądać w dzieciństwie.
Dziś pokazuję Wam taki właśnie wiejski ogródek. To mały (75 x 45 cm) przerywnik między większymi projektami.


sobota, 9 sierpnia 2014

Jeden dom, dwie narzuty i trzy jeziora

Moja siostra ma letni dom leżący nad trzema jeziorami, Świętajnem, Brajnickim i Warchałami. Do każdego z nich jest tuż, tuż. Pokój gościnny w tym domu jest dość ciemny, z drewnianymi ścianami i małym oknem. Siostrze zależało, żeby go rozjaśnić i poprosiła mnie o uszycie jasnych narzut na dwa łóżka. A mnie aż się gęba uśmiechnęła do takiej propozycji, bo wreszcie mogłam wprowadzić w życie marzenie, które mam od dawna, czyli uszyć białym na białym. Trochę zmodyfikowałam to marzenie i uszyłam beżowym na kremowym ale zbliżyłam się do niego bardzo.
Wokół domu, nad brzegami trzech jezior rośnie mnóstwo trzcin i to one posłużyły mi za główny motyw. Występują w roli głównej, zarówno w postaci aplikacji na pierwszym planie, jak i haftów na planie drugim. Trzeci plan stanowi jezioro. Starałam się tak wypikować narzuty, żeby przypominało to taflę jeziora pomarszczoną delikatnym wiatrem, tym samym, który pochylił trzciny.
Szyłam to wszystko na zwykłej maszynie do szycia, nie używałam hafciarki, bo jej nie mam. To było takie tradycyjne szycie, nawet bez flizeliny dwustronnie przylepnej. Czasem tylko pomogłam sobie rysując coś znikającym flamastrem. I oczywiście wykorzystywałam stopkę do cerowania i opuszczałam ząbki w maszynie do szycia.
Narzuty są bawełniane. Mają rozmiary 220 x 120 cm. Obie mają z tyłu przyszyte tunele do powieszenia, bo plan jest taki, żeby zimą wracały na ściany domu w Warszawie.

Tak wygląda pierwsza narzuta


a tak druga


A to zbliżenie

 i jeszcze jedno

 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wespół w zespół....

To była prawdziwa współpraca międzypokoleniowa. Dotyczyła trochę innej dziedziny, niż ta opisywana w piosence Starszych Panów, ale dla mnie okazała się nie mniej fascynująca.
Zaczęło się od Kasi ( 30 +), której spodobała się poduszka,uszyta kiedyś przeze mnie (60+) w oparciu o rysunek Warszawy mojego wnuka Stefka (8+). Tu jest ta poduszka.
W rodzinie Kasi kilka miesięcy temu urodziła się Ania (0+). Kasia wpadła na pomysł, żeby malutkiej Ani sprezentować kołderkę wzorowaną na fantastycznych rysunkach jej córki Hani (4+). Ten pomysł trafił do mnie, czyli kolejnej Ani. Dostałam rysunki i ich skany. Starałam się wiernie odtworzyć rysunki Hani. Czasem wprowadziłam trochę koloru, ale delikatnego, żeby nie zdominował pomysłów małej artystki. Zachowałam nawet oryginalne sygnatury  - to te literki HH. Jestem bardzo ciekawa, czy moja interpretacja obrazków spodoba się ich autorce.
Zastanawiałam się, który z obrazków najbardziej przypadł mi do gustu. Chyba olbrzym i malutki krasnoludek. Ale pterodaktyl, anioł i rodzina też są świetne.
Namawiam Was do archiwizowania rysunków dzieci. One są fantastyczne, mają w sobie tyle fajnych emocji.
Kołderka ma wymiary 100 x 90 cm i uszyłam ją z materiałów bawełnianych. Obszyłam ramką składającą się ze zdrobnień imienia Ania, którą pracowicie wyhaftowałam korzystając ze zdolności mojej Janome Memory Craft 6600. Pikowałam głównie ręczne.



Tak wyglądały rysunki Hani

To mama i tata

 drzewo i pies

ptak
słoń
Gaba
anioł
rodzina
pterodaktyl
olbrzym i malutki krasnoludek
Ania
kleszcz
A tak wygląda ramka.





wtorek, 8 lipca 2014

Sześciokątnie

Wróciłam właśnie z urlopu. Trwał dwa tygodnie. Do tego po dwa dni podróży samochodem, na szczęście jako pasażer, tam i  z powrotem.
Oczywiście wcześniej przygotowałam się do niego staranie. Zabrałam ze sobą kilkadziesiąt stron z wydrukowanymi heksagonami i różne materiały. I tak sobie szyłam ręcznie w wolnych chwilach - w samochodzie, na plaży, przy wieczornych pogaduchach. Obszyłam materiałami ponad 900 sześciokątnych papierków.
Wcześniej ze sklepu Ładne Tkaniny dostałam dwadzieścia kawałków czeskiej bawełny w bardzo ładnych kolorach. To zainspirowało mnie do poszukania w domu innych jednobarwnych tkanin. Nawet nie przypuszczałam, że będę miała prawie 90 różnych kolorów bawełnianych tkanin.


Jeszcze nie do końca jestem pewna, co powstanie z tego "półproduktu". Początkowo planowałam narzutę, ale coraz bardziej mnie kusi, żeby zrobić obicia na kanapę i fotele. Czas pokaże :)
Próbka wygląda tak:


Sześciokąty są wpisane w koło o średnicy 9 cm, czyli są spore. Z tych, które już obszyłam dostanę powierzchnię około 4 metrów kwadratowych. Można poszaleć!

czwartek, 19 czerwca 2014

Jeże wśród maków?

W kalendarzu jeszcze wiosna, ale łąki mnie kojarzą się już z latem. Maki, chabry i rumianki kiedyś rosły obok siebie. Teraz widuję je w różnych miejscach. Moja fantazja zebrała je na jednej makatce.
To patchwork dla Huberta. Hubert jest wielkim miłośnikiem jeży. Ma ich całe mnóstwo. Jego Mama poprosiła mnie, żeby również na tej makatce znalazł się chociaż jeden mały jeżyczek. I jest, a nawet dwa. Jest i jeż i jeżyna. Razem będzie im weselej. Chyba nikt jeszcze nigdy nie widział jeży wśród maków. Na patchworkach wszystko jest możliwe.
Patchwork ma wymiary 140 x 85 cm. Jest uszyty z bawełny z dodatkami tiulu.
Podobne uszyłam w zeszłym roku - "maleństwo" i "zapomniana wiosenna łąka". Lubię szyć łąki. Ten temat chyba nigdy mi się nie znudzi.


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Chcieć, to móc

Warszawska Spółdzielnia Inwalidów "Warszawska" zaprosiła mnie do poprowadzenia kursu patchworkowego. Wzięło w nim udział 11 osób. Przez tydzień szyliśmy patchworki w Śródborowie pod Otwockiem. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Poznałam fantastycznych ludzi. Przekonali mnie, że chcieć, to móc. Nie było im łatwo, bo na co dzień muszą pokonywać różne trudności związane z ich niepełnosprawnością. To był ich pierwszy kontakt z patchworkiem, a 4 osoby pierwszy raz w życiu zaczęły szyć na maszynie.
Od początku kursu zaczęły się tworzyć zespoły, w których wszyscy pomagali sobie nawzajem. Nawet Ci, którzy nie byli w stanie samodzielnie niczego, uszyć wyjechali ze Śródborowa z prezentami dla swoich bliskich, bo koledzy powycinali im kwiatki z materiału i pomogli je przylepić do makatki, nawlekali igłę i robili pierwszych parę ściegów, albo przycinali równo pracę i przyszywali lamówkę.
Gdybym miała jednym zdaniem opisać moich kursantów, to powiedziałabym, że w całym kursie najważniejsza była koleżeńskość i wielka pracowitość. I jeszcze to, że myśleli o swoich bliskich, niemalże od rozpoczęcia każdej pracy wiedzieli, że szyją ją dla mamy, siostry czy nowo narodzonej córeczki przyjaciółki.
Powstało ponad 100 patchworkowych podkładek, poduszek, obrazków, kartek pocztowych i broszek.






Przebojem tego kursu były kartki pocztowe. To była niemalże hurtowa produkcja.





Powstały też filcowe broszki. Mnie najbardziej podoba się nietoperz Emilki.



Nigdy nie pokazuję zdjęć uczestników moich kursów, ale tym razem zrobię wyjątek. Urban zgodził się na publikację zdjęcie jego i jego pracy. On pierwszy raz w życiu szył na maszynie i uszył takiego kota!


 Agnieszko, Emilko, Ewelino, Ewo, Magdo, Małgosiu, Marto, Renato,Wacławo, Darku i Urbanie, dziękuję Wam za wspólny czas i lekcję koleżeńskości. Cieszę się, że dołączyliście do fanów patchworków.